42 wiersze
nie czekam
to jest zły kraj
kwiaty kupuje się tylko w niedziele
w piątki umierają ludzie
ogniska gasną w w bezwietrzną pogodę
miłość przesypia swój pierwszy pocałunek
puste przystanki oklejone reklamą
“przy tobie wszystko
to znacznie więcej”
nikt nie szanuje przystanków
bóg prosi o bycie niedostępnym
mam kaszel i szukam mojej drogi do apteki
ale dziś jest czas na kwiaty
w niedzielę apteki bronią życia przed ludźmi
to jest zły czas na chorobę
reklama:
“zmieniamy świat na puls”
bezdomny szantażuje moje sumienie
kubkiem z napisem “sens”
życie ma powody do lęku
człowiek rośnie w siłę
bóg chce mnie odebrać
czekam
ale tutaj
nikt nie szanuje przystanków
filet
poszliśmy wczoraj z panią
do prosektorium
pożarłem trupa wzrokiem
a wieczorem zaczęło mi się odbijać
mama przyszła i obiecała że nigdy nie umrę
a ja widziałem połamane palce
bo były za duże
zamknięte powieki
bo oko mu wypadało
i dziurę w brzuchu
bo go studenci wypatroszyli
zrobili z pana trupa filet
wieczorem bóg
bezgłośnie obiecał mi że nigdy nie umrę
trup
jest nie tylko na podobieństwo pana boga
jest też tak samo rozmowny
stadion
mokry nasz stadion
a przecież jesteśmy przed burzą
i powinniśmy mówić o ciszy
szanować ją
jako znak
że nie cisza
że milczenie
dobrze wyprasowana koszula
kantem wzdłuż śmieje sie
lub mści
z męża
i zamiast POLICJA
POLUCJA
rozbitek na morzu z gwizdkiem
to arbiter przez ciszę
przez milczenie przez znak
rozpoczyna jeszcze raz nowe życie
rozpętuje burzę
a my wszyscy
polucjanci
chłoniemy nasz stadion
z ojca na ojca
synowie podwodni
pijemy wczorajsze kałuże
kłamstwo herostratosa
zatem witasz mnie miasto
biały znak z pretensją
“tu jest gówno.spierdalajta”
po nocy budzisz się we mnie
wiążesz zielonymi gałązkami
za plecami ręce
żmijo ,nawet nie kusisz
kamerą pocieszasz mnie
że nie umrę zupełnie
co bym cię nie podpalił
ktoś się zabawi w alfonsa
i będę się puszczał
do chipsów i coli
bój się mnie miasto
pewnego dnia zbuduje telewizor i kamery
przeciągnę między nimi kable
też was wiedzę będę krzyczał też was wiedzę
będę wyświetlał
naprzeciwko waszych kamer
miasto widzę was
mogłabym na ciebie napluć
na każdym środku twoich placów
sprzymierzyć się z gołębiami i psami
z naturą
bój się mnie miasto
lubię jak drżysz
wiadro
ścigałem się dziś z burzą
ja na rowerze
ona na poważnie
mijałem ławki starcze
poczęte lekkim snem na podwieczór
pary w uścisku jeszcze ciepłym
dzieci wiadrem walczące z
fatamorganą
(kto dziś bardziej niż one
docenia ten wynalazek
wiadro)
mijałem nieświadomych
nadchodzącego deszczu
a ona na poważnie
na niebie
ale nie na ustach
sunęła niczego nie wadząc
ciekaw jestem kto
będzie się ścigał z końcem
czy z każdym z jeźdźców osobno
czy będzie to pierwsza klasa
pan z panią
czy maszynista
kto wtedy
mijanym nic nie powie
szkolna 6
jeśli w telewizji usłyszysz że
następne pokolenie będzie niewrażliwe na przyrodę i sztukę. to kłamstwo
jeśli w gazetach przeczytasz że
przyszłość zamknięta jest w dwóch literach: it. to jest to kłamstwo
dziś odnalazłem człowieka w człowieku . na przyszłość na szkolnej 6
jeśli ono. chce słuchać o słowie
to posłucha tego słowa
jeśli ono. chce słuchać o życiu
to będzie żyło
jeśli życiu towarzyszy słowo to przyszłość nie zamknie się lecz
otworzy i nie od liter lecz
od słowa: człowiek
nie mamy się o co lękać
jedynie sprostać dobrym sercem
pośród czystych serc
józef k.
udałem sprawy granatowe
jako pierwszeństwa po pierwsze
i po drugie przed policją
granat w końcu silniejszy niż biel
po pierwsze rozryw – ka
po drugie do – gry – w – ka
śnieg
a taki był piękny już dzień
i noc w szaleńczy wyścig chciała stanąć
a tu nagle
jak w bajeczkach i opowiadaniach i kabaretach
„nagle”
jak w rozmowach kłótniach i relacjach
nagle spadł śnieg
skąd śnieg panie latem ?
dziwili się najstarsi mieszczanie
raz w życiu poczuli się bacą
śniegu latem być nie powinno !
grzmiał zwykle pogodny prezenter
i śnieg spadł
dzieci krzyczały wrzeszczały
mamo ! tato !
śnieg spada !
ojciec zgubił śrubokręt
matka wieszała pranie
mamo ! tato!
śnieg spada !
a miał być piękny spokojny dzień
i noc spokojna lipcowa
a ojciec zgubił śrubokręt
mamie nie wyschło pranie
ranek
dziewiąta
ciii
cisza
toruń śpi
a nic to że
była
już pierwsza minuta
a nic to a nic
ciii
toruń śpi
i chociaż słychać już
otwarte drzwi
i śmietnik z dawna
już czeka
to nic
cisza
ciii
toruń śpi
i nie huk
co cień padając zwoła
czy niemy krzyk
ziewającego kota
a nic a nic a nic
ciii
toruń śpi
ć!
nie nożyczki
do domu
to słabo brzmi
o wielkich historiach z przełomu
z północy na południe
ze wschodu na zachód
z wracania tutaj
tylko kołysze
ten kierunek to potwór
ale potwór maskotka
trzeba pokazać że jest niejadowity
i nie zjadliwy
trzeba w to uwierzyć
jak w gospodarza że
zbieranie niedopałków to dobra
słuszna robota
trzeba
nam tu wszystkim
wzajemnie się ratować
trzeba iść
kochanie ten tu gorszy jest
ten tu nowy jarmarczny balon
ten cypek jakiegoś jeszcze cypka
kanał nożyczki wygięte jeszcze raz
po raz raz po raz że to już nie nożyczki
że nie kanał
kochanie
do ciebie chcę iść
śmierć
nie chcę ci wmawiać że
siedząc na przystanku czekasz
jadąc też czekasz ale
jeśli najbardziej humanitarną
formą czekania jest sen
nie śpij
jawnie kawą oszukuj
w istocie stworzenia czekania
jeśli jedyną zdolnością jaką posiadamy
jest rozkładanie częstości i częstotliwości
nie śpij
gdzieś w rankingu wtedy spadasz
i tylko ty o tym wiesz
a jeśli czas jest pusty
jak ten rozkład na tablicy
rozsądniej dla siebie jest nie szkodzić innym
więc śpij
albo i nie
bajka o wiedzy
no co jest , zimno , kiedyś była sobie owca miała biały puch gdzie tylko spojrzeć biel najbielsza bardzo biała , zęby miała i też zęby były białe , signal blendamet i elmex zazdrościły owcy że nikt jej nie nakładał na zęby żeby były białe bo owca była bardzo biała jak na owce
cztery dni później zaraz po tym jak kolejny dzień nic się nie stało na pastwisku w miejscowości owcy odnaleziono rannego kruka , kruk był czarny prawie jak smoła tylko że można było złapać go za skrzydło i cały czas trzymało się kruka za skrzydło a nie jak to jest z smołą łapiesz smołę za nogę a po chwili trzymasz ją za ucho włosy czy nogę tyle tylko że za ta czwartą bo smoła ma cztery nogi a w niektórych przypadkach 5 , kruk był naprawdę czarny
i signal i blendamet i elmex też zazdrościły krukowi że nikt go nie nakłada na zęby bo przecież kto by chciał mieć czarne zęby
a owca nigdy nie widziała kruka i nie jest to ani smutne ani złe
noc
spuszczona już kotara i głowy
i inne narządy w innych pozycjach
i funkcji bo noc jak makiem zasiał
choć znikąd mak i nikomu nie chce
się siać maku a nawet nie można
i siać się też nie powinno zaraz po bierzmowaniu
choć co komu do domu nie mi to po co
spokój niczego od życia teraz nie pragnę
jak spokój gdy go chcę i niepokój gdy
go chcę i nie chcę ale gdy fajnie będzie
go wspominać przy piwie i przyjacielu
za pięć złotych i pięćdziesiąt groszy obaj
w miastach sieje się nocą
w dzień widać i w amerykańskich filmach
noc to noc a dzień to dzień
i też maku nie sieją bo żadna to ich
wojna jak monte cassino
prędzej kasyno gdzie neon
i mak w innej pozycji
ci amerykanie umierają bo za bardzo lubią siać
tutaj też sieją
tylko za bardzo nie ma umierać za co
trumny drogie a ideały bezwartościowe bezcenne
ale nie tak jak mona lisa czy miłość nocna
taka prawdziwa jak z amerykańskich filmów
więc siejcie może coś pięknego wyrośnie
i łatwiej będzie spać
trzeba czegoś tutaj poszukać
może pewnego dnia pozwolę sobie
tobie przyznać się że
ta nasza filozofia to w sumie syta struktura
ja to powiem bo ty w końcu uwierzyłaś
że lepiej szepczesz
popatrzysz mi wtedy w oczy i powiesz że
to jest super i jesteś szczęśliwa
kto by pomyślał
że zacznę dla ciebie prenumerować
kwartalnik batmanem już dziś
super szczęśliwa okazja co numer nowa maska
peleryna gratis z cekinami gratis
w planach konna jazda
z medalików twoich pokojówek
usypię jakiś niezwykły kopiec
będzie z niego widać dużo
duże domy duże ulice i dużych ludzi
tam pośrodku będzie nasz kopiec
przyda się też wysoka flaga i dym
tam pośrodku będę
mały ja mała ty
nie przeszkadzaj
nie ważne że nie masz pokojówek
mali my
jeśli ci się znudzi
poszukamy większych formatów
w małym oddawaniu zeszytu
krótszych filmów
pereł i peruk
wpisy z wiosny
o niczym tak naprawdę nie mówią
ale te kilka słów dla mnie nie ma końca i
zapomniałem ich początku
legalny banał
kocham cię
tramwaje
tuszę się dziś tramwajem
starcy kruszą się pod brodą i
zdaje się że to oni pod ramię z Czasem chwieją tym przybytkiem
co dwa przystanki jeden z nich wysiądzie i za róg trucht tu tam pędem
Z pod pachą lecz tylko sobie na strzemiennego
za życie za panie za życie za tramwaje
pozornie jest bardzo hej
nad skarpą gołębniki
marchew tropikalna sięga zaniedbanych krzewów i
w czas akuratny Czasem z którym jadę uszczypnie
bo tak psa wszechpolsko szarego
a przecież wystarczy że ten tramwaj w środku czarny
czarne kurtki butki mordy jakieś pokaleczone
sznurówki od rana rozwiązane
trzewiczki i palta
niczym rodzyneczki w pierniku zakamuflowane
na co mnie proszę Czasu drugi raz do krzyża przybijać
dla kogo te sceny burzliwe sypkim ryżem w miejsce deszczu
po co orkiestrę rzucać w marsz gdy nogi chwiejne
w słońcu przecież też można
w kwiatach w innych ładnych rzeczach
szczyptę szlachetniej cynamonem
lepko na nowo coka colą
a przecież i można też i bez tego
na co proszę Czasu tracić czas
wilgoć nie tyka tu elektrycznych styków
smary służebne pachną
i tylko pachną
dowidzenia dobry wieczór dobranoc
myślę że gdy już poznam
swój własny zysk okupiony tym światem
pozostanie mi tylko śmiać się z innych
że cenią to co potrafię
bo ja
nie potrafię cię i śmieję się ze śmiechu że
śmieje się bo nie potrafię
bo cię nie potrafię
nawracałem się paść tobą wszystkie baranki
świeżo i sycie nieba mojego w kartonie z
plakatu z zielonych dolin i mostów
dużych stalowych czerwonych co nie chrupią o wietrze
tobą znak ryby rysowałem piętą po piasku
monetą szyby raniłem w miejscach miejskich z odzieżą sklepów
to stukrotne ubieranie ciebie gdy siedzisz gdy leżysz gdy wstajesz
gdy padasz znowu leżysz leżysz i wstajesz i siedzisz
tobą
na znak przymierza z przemianą i wieczerzą
kredę tobą poświecę i wytrę nią usta
by mówić wszystkich religii językami tego świata
twojemu ciało je poświecę twoim swoim ciałem je obejmę
a jak już w tę noc się to wszystko skończy
z gwiazd przepowiem ci chmury które cię nigdy nie zasłonią
słońce cieplejsze pod twoje stopy
bo to mogłoby się już skończyć, dziś
jeszcze przeczytam na dowidzenia horoskopy
niech mi powiedzą na dobry wieczór
o lepszym dobranoc
historie moich dresów
historie moich dresów
raz
od dzieciństwa były zielone
były łaty lepsze i gorsze
dwa
kiedyś śmierdziały po nie oficjalnych spacerach za płotem
i darły się po tych oficjalnych
szyłem z nich zielone berety
chowałem się po krzakach
trzy
w domu zieleń moich dresów wydawała się krótka
lecz nie na tyle by kreślić nią znaki
powszechnie rządził żółty żarówkowy kurz
dwa
i klika nitek było czerwonych i czarnych
jako szwy od krwi i przed krwią
cztery
w rodzinie pojawiają się pieniądze w postaci niebieskich dresów
z takim beretem byłem marynarzem
śliwka tygrysia
czwartki pełne są fałszywych nocy
kobiety zmięte drugiego obiegu
kręcą się zalotnie wokół swoich towarzyszy – torebek
chłopcy pysznią się po twardych blatach
by ukryć miękką o
suchym bucie topliwość
mówią : ostatnia deska ratunku
potem wtaczają swoje brzuchy w
ziemie cudze i niczyje jako
właściciele nie jednej ogólnopolskiej wsi
i po grubości szkła mierzą przeciwników
przy swojej piosence zerwą się jak rocky
by być jak tygrys lub okiem tygrysa
z prostej zasady :
jak daleko nie dojdę
chwalić się będę gdzie leżałem
i świt piątkowy oceniam fałszywie
fałszywym okiem tygrysa
błoto
spokojnie mi w tym błocie
lekko ląduje z ciężaru grzechów to
kolejny krok stawiam z wiklinowych tacek
i kosmiczna to robota bo to jest jak rakiety
tenisowe niepodatne wchodzić w śnieg
i w śniegu śniegiem mnie zostawiać
kosmos
tylko że błoto
a w powietrzu mi tym rzadko między gęstościami
o nie prawdopodobnie nie przewidywalne takie są
okiem tylko zamruczeć
w koło zaczyna syk horyzont marszczyć
sahara sahara
i suche usta słowem tym słyszę
i zwidy olimpijskie maratonem gonię
od zwidy do zwidy
nie wzruszając ramionami tymi i wydm
tylko że błoto
tak blisko jak daleko mi od błota
jutro maleją litery
“bo kiedy zmienię świat jak nie dzisiaj”
na zdjęciach zawsze milczał
nie słuchał ludzi i drzew
słuchał wiatru, chciał źródeł
dowodów i przyczyn
nie słucha się przypadków
mówił
a jednak im czas
częściej mścił się wysiłkiem
im wzrok gorszy im ciało lżejsze, nakreślone
słuch miał coraz lepszy
to smutek
to smutek pozwala odzyskać słuch
napędza słowa kończy przecinkiem
serce władcze, młode
chce wyrwać krzyk usłyszeć krzyk
niejedną pomstę do nieba
lecz cóż, to czas
no cóż, nie czas
przechodnie usłyszą pisk
podkreślą w dzienniku
- do zapomnienia
cykl wierszy o osamotnionej kapuście która szukała akceptacji wśród czterech nowo poznanych w ogródku babci Kleofasy marchewek
Wiersz 1 „Kapusta”
Och ! jak samotną jestem kapustą
Pośród tych czterech marchewek
Które otaczają mnie
Jak cztery świata strony
Wiersz 2 „Marchewki”
Ach ! nigdy taka okrągła duża i zielona
Marchewka nie znajdzie akceptacji wśród nas
Marchewek długich małych i czerwonych
Wiersz 3 „Babcia Kleofasa”
Gdzie są kurwa moje grabki !?
Wiersz 4 „Epilog”
I jak tu żyć droga kapusto gdy świat
W swe cztery świata strony posadził marchewki
A ty osamotniona i bez akceptacji w samym środku ogródka
Na cóż kapusto było ci się rodzić kapustą !
hardcore tico team czyli alternatywa dla apokalipsy św.jana
gdzieś z braku innych książek ktoś
przepowiedział krótkie życie pasterzom
poubierani chłopcy podjeli jednak swoje
stanowcze stan pa ram pam – fanfary wyzwanie
hardcore tico team wyrósł i wyruszył
czas nawracać pozornie życie wyczerpane
sprowadzić nie jeden samolot tuż przed odlotem
(dwa)
na niebo stan pa ram pam – fanfary za wcześnie
jeśli chodzi o przysłowia to znam jedno angielskie
londyn łatwo się nie chciał podpalić
synowie foxa batmana i kogo tylko chcesz
ruszyli na bakier cenie swych głów
choć cena nędzna jak zamieć na tąpnięciu to
głową swą szargać jak najbardziej się nie powinno
ruszyli błękitnym tico surowe twarze
surowość soków jeszcze nie wyprutych
węszą sznurka do wielkiej kurtyny gotowi
jak trzeba głaz świętym podważyć
symbolum z nieboskłonów odczyton
nie skłonni za houdinim klękać odwrotnie ku bogu
biją po chmurach na alarm i już ich gdzie
byli nie było ruszyli a może dopiero ruszają
jeśli chodzi o przyszłość to znam jedno przysłowie
na ten czas i czas nic nie podpowie
matka
wiesz
człowieka poznaje się każdego dnia aż do śmierci
najczęściej swojej
dziś sufit był piękny
słońce łaskotało go po rogach
ptaki za oknem znów nigdzie nie doleciały
kurz w promieniach
udawał archanioła i dobrą nowinę
ja leżałem
dzień był biały i prosty
kiedyś matka powiedziała że
w bloku mamy krzywe ściany
wierzyłem a dziś widzę że kłamała
prl miał krzywe ściany
a demokracja pękające reklamówki
tylko jajka były polskie
wiecznie się tłukły
bo były krzywe ściany
bo siatka była słaba
od jakiegoś czasu znam ją
choć podobno się nie zmieniła
dalej jednak nie wiem
kiedy mówi prawdę
a kiedy chce bym ją odkrył
święto łowcy
a może warto już zabrać się za nożyczki i
powycinać z karcianych króli gwiazdkowe gwiazdy
posprzątać między okruchami z wypadku na przyszłość
pociąć wstążki i kluski jakkolwiek by to
były kluski nie przeciętne
flara zzagniazdowna gwiazda numer A i star !
czas gnieździć się ! gnieździć się !
dzieci się chowają pod stół !bardzo proszę
orzechy w żółwiach bez nóg nie myślą o ucieczce
pozostają na jutra
mama tata mama tata
nie oglądać się za siebie nie oglądać sobie
gnieździć się w dziupli tak bez słońca
konserwować gniazdować od słońca
ciepło jest zimne krzyczymy ciepło jest zimne !
krzyczymy !
gnieździć się w dziupli bez końca do końca
i o stawach marzyć o stawach pełnych ryb marzyć
w gniazdach to łowca to łowca kryje się to łowca
przymykać wymykać zamykać
i trzaskać i niszczyć rozrywać
na wieczność gniazdo bez słońca bez końca od słońca do końca
łowca słońce to łowca
melina
w tych kątach
dostatnością stania na wysokości zadania
jest stanie prostym
będąc już wódką mieszamy się
poznajemy wielowymiarowość ściśniętych kolan
i nieskończoność kolan rozwartych
potem ktoś zwykle na tym wszystkim może się poślizgnąć
ale to pozostaje takie jak pozostało
już za nim można było mówić o przyszłości
ogólne aż około otaczające
więc mógłbym podać że sam to przeżyłem
straciłem kilka członków co wieczór gryzę długopis
rzygajcie my już rzygaliśmy pomaga
powraca wypas
jest potężny
heteros
nasz profesor
miał jedną wadę
którą wyłącznie się chwalił
wiecie, bo ja mam jedną
zaletę
rysuje perfekcyjne okręgi
rysował
rysował
przychodził do domu uśmiechał się do żony
uśmiechał się do dzieci
podumał dumny z syna
doktor będzie, rodzina
rodzina
a wieczorem
w taką porę gdy się nie śpi
wierzył w sabotaż
budował bombę atomową
zjadł mizerie, chleb, mizernie
szedł spać
i tak w kółko
okrąg
rysował
rysował
wiosno !
wiosno !
ja cię zdefiniuję wprost
odkryję to czegoś sama nie
odkryła z pod białej płachty
zwiastuję to czegoś sama nie
zwiastowała posyłając jaskółki
ogrzeję to czegoś sama nie
ogrzała swym ciepłym słońcem
po czym kłamać przestanę…
ty szmato !
ile to razy żeś oszukała budzące się
z tobą życie oddając je martwej zimie ?!
ty leniu !
ile to razy za późno żeś ogrzała
zmarznięte od chłodu członki ?!
ty tchórzu !
ile to razy żeś uciekła w popłochu
przed gorącem niecierpliwego lata !?
wiosno !
…wybaczam.
sam
za oknem polakom gratulują żywca
deszczowo, choć słychać że już susza
pani aldona z monopolowego rozumie pijących
sama poleca starogardzką na nerki
pan henryk ma w dupie panią aldonę
po prostu chce się napić
jaś miał kiedyś niebieską zabawkę
tatuś obiecał mu nową którą też przepił
filomon
po prostu jest kotem
a ja jestem przed oknem
nie tylko wiersze czytam do lustra
nieprawda
pan nieprawda jest łącznikiem
między mną a nie mną
sprawa nie wiarygodności stosunków z nie mną
jest sprawą nadrzędną w sprawności wszelkiej wiary
fałsz powszechnie wiąże się z sceną pogody żylastej
najbardziej zaniedbuje to pan nieprawda
by przestawić siłę wszelką
i zaćmić sprawy mniej groźne codziennością pojedynczą
ku fakcie tak dziwnym jakim jest sens autentyczny
dopuszczalnie życie
lub nie .
prawda nie warta jest kłamstwa
skoro kłamstwo jest namiastką prawdy
jak drga to niech już tak drga ażeby już
zad- grało wszystkimi dzwonami tej ziemi
w okazję tę i usłyszy Bóg monostrawny
że człowiek jest największym kłamstwem przyrody
jak ciało rodzaje słowa
jest nie są
dziesięciopalczastą linią
ubraną w białe rękawiczki mistyfikacją
łącząc to kłamstwo w tę prawdę
w cieniu żonglerki i sztuczek innych
takich jak pan nieprawda
który zaprzecza że jest
lawiny
widzę w tym wszystkim mało twarzy
jesteśmy ludźmi lawiny
i trudno,
trudno się chodzi po wodzie
może nie trzeba
wystarczy skoszona trawa
jako absolut w uszach natury
to już nie chodzi o ozdobę
ani o przewodnika
a o co
nie uznaję w krzyżówkach
zamkniętych pól
w krokodylowych butach
choć strach czy wstyd
to dalej krokodylowe buty
tak w górę niech pnie się
sprywatyzowana lawina
ja i mój szpic
pan pegaz
koń lata niewysoko
jeśli w ogóle ma skrzydła
jeśli skrzydeł nie ma
nie lata w ogóle
i jest koniem przeciętnym
czyli, można konia przeciąć w
każdym miejscu
i w każdym z tych miejsc
nie znajdzie się skrzydeł
pan pegaz nigdy nie był koniem
nie był nawet koniem bez skrzydeł
skrzydła miał, bo miał
i galop też był mu obcy
kiedyś, pana pegaza chciał ujechać
pan twardowski
i odleciał na kogucie
pan twardowski
deszcz
nie zima sroga lecz czas jest zły
pada deszcz masowe chlupanie chlapanie
gdzieniegdzie dziura i potop biblijny
w własnej skorupie w własnym bucie
kto z nikąd – parasol – jak lottowy wybranek
matematyka mienia sumienia
innych dopadną dachy balkony kapelusze
słońce że gdzieś kiedyś dziś proszę
i subiektywne memento mori
a może to ostatni chlust chlup chlap ?
pij kakao póki gorące ?
zmoknę, poczekam na słońce
szpic
brakuje mi cyganerii
której nie poznałem
klasa ,styl ,gracja
elegancki bunt
garnitur z dwoma rzędami guzików
piękny krawat ,doborowa szyja
wąs , bródka
staranny zarost który zaraz
straci pozory samodzielnego
noga na nogę ,w kolano
szyk
chciałbym nauczyć się grać na fortepianie
i na głos czytać swoje wiersze
brzdękać chaotycznie strunami klawiszem
gdzieś trafić na jakiś rytm
i sens
z skupiona twarzą
i wolną duszą
szpic
szpic ,nazywam to szpic
armagedon za szybą
dom dziecka przy ulicy kwiatowej
to zło
śmierdzi, ściany są brudne
meble jakby po powodzi nie akceptują kolejnych oklein
brud pod paznokciami lub brak paznokci
to tutejsi
wszystko czego nie potrafią tu przeskoczyć jest ich ścianą płaczu
nic tu nie jest niczyje
szafy kryją skarby które co chwile znajdują nowego odkrywcę
jedyne miejsce dla słowa i jego sensu : równowaga
dalej nie ma słów sensu i miejsc
możesz zgrzytać zębami lub nie możesz nic
kwiaty za ogrodem
mówią
dawno już zdechły
i wszyscy tu zdechniemy
ja też “zdechnem”
bo wszędzie gdziekolwiek będę
będzie mur czy płot
prawdziwe życie ma się zacząć gdzieś dalej
przeskocz płot
trzeba przeskoczyć płot
skocz choćby w przepaść
tak naprawdę nigdy nie ma do czego wracać
tak naprawdę niczego nie ma
można skakać
“pewnego dnia pytam Natalkę co to miłość – miłość to wtedy, kiedy …miłość to jest tak, że no , ten…ach miłość to …ale powiem ci na uszko, bo to było tak ze raz miałam koleżankę i ona bardzo , bardzo , och , bardzo kochała takiego chłopaka , ale on brzydki był . i ona go tak kochała a on jej nie kochał. i ona przyszła do szkoły raz z nożem i go zabiła . tak go kochała i zamknięto ją w poprawczaku. to jest miłość”
Joanna Nosierowska “dekalog”/”wysokie obcasy”/”gazeta wyborcza”
kiedyś jeden uciekł
popłynął do ameryki
i został milionerem
potem tu wrócił
i zniszczył wszystko
a dyrektora zabił
wszyscy dostali czekoladę
pokazałbym ci, ale zjadłem
perpetum mobile
zacznijmy od końca
żeby mieć większą pewność
gdzie jest początek
na końcu ma być światło
a na początku była ciemność
jarzeniówka a prometeusz
nade mną wisi jarzeniówka
lata przestałem liczyć
od pierwszego dnia nowego roku
zawsze byłem spóźniony
kiedy inni mieli skórzane portfele
mój był wciąż na rzepy
później byłem młody
nienawidziłem ludzi którzy wszytko widzieli
i planowałem ich zabić
zabijałem ciszą
później matka zabrała mnie do zoo
ojciec zrobił zdjęcie
i puściłem jej rękę
na zdjęciu byłem sam
w zoo
później byłem płomykiem nadziei i szczęściem
nie wiedziałem o tym
dotykali mnie ,uśmiechali się
i ja się uśmiechałem
nade mną wisiała jarzeniówka
ochrona środowiska
do kumpli kumulandii i szymborskiej
i innych
bobki mojego królika
uświadamiają mi jaki ten świat jest mały
królik siedzi w ciągu w klatce
a i tak bobki są miedzy
chlebem a skarpetką
efekt motyla?
w polsce nie ma wiatru
który złamie gałąź
HAlny to towar z importu
drzewa padają tu od czasu
do czasu
witajcie po imiennym !
witajcie po imiennym !
lepiej już nie będzie
przyjadą przyjaciele
zza wschodniej granicy
poczęstują masłem
benn godfryd będzie polskim noblistą
kopernik pojedzie do berlina
przesiadka w breslau
witajcie po imiennym !
lepiej już nie będzie
sierpniowe pielgrzymki będą chodzić
pod prąd homo narodów
spryskają wodą i skończy się zamachem
eugeniusz oniegin strawi tadeusza
nacjonaliści wielbić będą sienkiewcza
i wyklną wałęsę ,zrzucą z tamy
witajcie po imiennym !
lepiej już nie będzie
czterdzieści cztery ucieknie do afryki
pacierza uczyć czarne dzieci
lekarze z receptą sprzedawać będą trumny
przed trybunałem w paryżu
stanie św. mikołaj
skiśnie w celi pedofil
witajcie po imiennym !
lepiej juz nie będzie
z klonują mi brata
i będę matką
witajcie po imiennym !
lepiej już nie będzie
“Śmierć Miłosza prawdziwy koniec XX wieku” Przekrój
genug
dość już tych dytrybuntów na cześć karuzeli
o tamtym życiu i tym get- cię
sto-dole
żadna książka telefoniczna
jest hagiografią
a tu ,polska , przyczyny i konsekwencje
stają się religią w religii
może i racja że kubeł zimnej wody
pozwala stwierdzić obecność czegoś
poza ciepłym powietrzem
oby się nie stać Atlantydą !
szoah pamiętać non omnis moriar
z tych którzy są
nic więcej nie działa
pytanie i owszem
ta polska polskość ,mesjanizm ,solidarność
szabla i szarża
ta cała kawaleria w ten jeden dzień
słoneczny i pochmurny
ograniczyła się do drewnianych rumaków
w szalonej pogoni bez celu
tupiąc cyrkowej melodii do rytmu
już nie jeden się rozpędził
bo najprostsze okazało się koło
już nie jeden żwawo podskakiwał na brązowym koniku
o zdrapanej grzywie
pękniętym ogonie
i wywalonym języku
którego toń czerwona wdała się pod przymusem
w barbarzyński kontrast
napis
„kocham Baśkę „
bo i tu przecież świat zataczał koło
i tu był ów równik
z którego w dół się spadało
szoah pamiętać non omnis moriar
ale teraz już dość
każdy plac może być Campo di Fiori
wiersz na pięć minut
mam pięć minut na wiersz
szybko szybko
jakieś drzewa liść i deszcz
i wicher i Zosia z kwiatem
on, no wiesz
szybko szybko
cegła
dwie
granat chmura i powstaniec
polska walczy
szybka śmierć
szybko szybciej szybciej biec
jesteś sam
nikogo niema
siła
stal
zboża łan
tu
tri
koniec
rzekł do mnie kiedyś
rzekł do mnie kiedyś
człowiek z blizną
na pół ryja
że jestem mu potrzebny
że wszystko i tylko ja
rzekł do mnie kiedyś
człowiek z blizną
na pół ryja
że jest on samotny
a jest wigilia
rzekł do mnie kiedyś
człowiek z blizną
na pół ryja
że chce bym go zaprosił
bym nie był taka świnia
rzekłem ja kiedyś
do człowieka z blizną
na pół ryja
że jestem niewierzący
nie wiem co bóg czy maryja
hymn do rzeczy zamkniętych
zwariowany futerale
co się mieścisz tuż
pod łóżkiem
daj się zbadać
daj otworzyć
daj…
zwariowana portmonetko
co królujesz w torbie damy
tam gdzie kolczyk
gdzie lusterko
daj się cieszyć
daj otworzyć
daj…
zwariowany mózgu w głowie
co przewidzisz
co ci powiem
mózgu w czaszce
połatanej
tam gdzie oczy
myśli
mózg
daj się lubić
daj otworzyć
daj…
zwariowany
daj…
uwaga !
uwaga !
ten pan właśnie
popełni zaraz
samobójstwo
i będzie to fakt autentyczny !
do pierwszych rzędów
zapraszam starszyznę
niech popatrzą jak to się robi
może się naucza i spróbują
przecież i młodzież
musi gdzieś pracować
drugie rzędy dla byłych
ministrów, premierów
posłów i ojców
co obiecują …
i na tym się kończy
może się nauczą
i wreszcie coś wyświadczą
reszta niech stoi
patrzy i wnioskuje
dziecinom zakryć oczy !
pan notuje?
uwaga !
zaraz z bandżi skoczy!
fajne